Z Chrisem Niedenthalem rozmawia Kamil Broszko / magazynterazpolska.pl

Dodano 1.9.2017

Fotoreporter, który pokazał Polskę

O dokumentowaniu najnowszej historii, najważniejszych kadrach oraz o tym, czy przy pomocy aparatu fotograficznego można zmienić świat, z Chrisem Niedenthalem rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Zdecydował się pan przyjechać z Wielkiej Brytanii do Polski w czasie, gdy panowała tu bieda, komunizm, a rzeczywistość była tak siermiężna, że aż skrzeczało. Pochodzenie rodziców to wystarczający powód?

Chris Niedenthal: Rodzice po wojnie zostali w Anglii. Wcześniej ojciec był prokuratorem w Wilnie, wsadzał komunistów do więzienia, więc po 1945 r. w Polsce nie czułby się bezpiecznie. Mama też nie miała specjalnie do czego wracać. Wychowałem się zatem w polskim domu w Londynie i jestem klasycznym przedstawicielem Polonii powojennej, dzieckiem pierwszego pokolenia ludzi, którzy – najczęściej w wyniku zawieruchy historycznej – zostali w Anglii.

CAŁA PUBLIKACJA (W TYM UNIKALNE FOTOGRAFIE Chrisa Niedenthala) NA STRONIE MAGAZYNTERAZPOLSKA.PL

KB: Ale pan porzucił kraj zasobny, imperium na rzecz biedy i niepewności…

ChN: W młodości przez kilka lat przyjeżdżałem tu na wakacje. Polska bardzo mnie fascynowała. Oczywiście nie komunizm, nie socjalizm, nie sytuacja ekonomiczna i powszechna bieda. Gdy się ma 20 lat, człowiek aż tak się nie pasjonuje sprawami politycznymi i ekonomicznymi, więc one w pewnym sensie nie przeszkadzają. Oczywiście do momentu założenia rodziny i tworzenia własnego domu. Zatem wszelkie polskie niedogodności nie miały większego znaczenia. Najważniejszy był dla mnie kontakt z polską młodzieżą – moimi rówieśnikami, których bardzo polubiłem. Uważałem ich za ludzi ciekawszych i zwyczajnie fajniejszych od angielskich kolegów. Obiektywnie rzecz biorąc, to mogła być bzdura, ale tak wtedy uważałem. Urodziłem się w Londynie, wychowałem w tamtejszych szkołach, mówiłem płynnie po angielsku, ale zawsze czułem się nieswojo, zawsze mi czegoś brakowało. W środowisku angielskim nie czułem się idealnie, w środowisku polonijnym – było nieco lepiej, zaś najlepiej odnajdywałem się w Polsce, podczas letnich wakacji. Może dlatego, że przez wiele lat tutejsi ludzie żyli w systemie nieprzychylnym. Systemy totalitarne są paskudne, ale nieraz tworzą świetnych ludzi. Oczywiście nie tych, którzy rządzą, ale tych, którzy są zahartowani ciągłą walką psychologiczną z przeciwnościami, walką, w której każde słowo jest wycelowane przeciwko złu. Każdy dowcip, każdy żart, cała działalność intelektualna człowieka są ukierunkowane na opór antykomunistyczny. W takich warunkach od razu czułem się lepiej, tu żyło się ciekawiej. I tak się zasiedziałem. Przyjechałem na parę miesięcy, a w maju będę obchodził 44. rocznicę przyjazdu do Polski.

KB: Przyjechał pan do Polski jako fotograf, ale czy również jako reporter?

ChN: Byłem zupełnie zielony. W Anglii studiowałem fotografię, bo tylko to mnie interesowało. Przyjechałem do Polski 16 maja 1973 r., w wieku 22 lat. Miałem półroczne doświadczenie zawodowe polegające na luźnej współpracy z małą agencją fotograficzną. Byłem zatem początkującym fotografem.

KB: Przeczuwał pan wtedy, że jedzie do miejsca, w którym będzie się działo? Że będzie pan świadkiem wydarzeń historycznych?

ChN: Dziś łatwo powiedzieć, że przeczuwałem zbliżający się powiew historycznych przemian. Ale faktycznie – mogę to przyznać z ręką na sercu – kiedy przyjechałem w 1973 r., czułem, że Polska niebawem będzie odgrywała większą rolę na arenie międzynarodowej. Wtedy prasa zagraniczna nie była w ogóle zainteresowana tym, co się dzieje w Polsce. Jeśli kogokolwiek z Zachodu ciekawił świat za żelazną kurtyną, to raczej chodziło o Związek Radziecki. Trudno mi było na początku sprzedawać stąd jakiekolwiek fotografie za granicę, trochę się z tym borykałem. Sprawy politycznie zupełnie mnie wtedy nie interesowały, unikałem ich jak ognia. Powoli, dzięki polskim koleżankom i kolegom, zacząłem rozwijać się na polu zawodowym. Chciałbym podkreślić, że to właśnie dzięki nim stałem się tym, kim teraz jestem, bowiem wprowadzili mnie w świat polskiego fotoreportażu.

KB: Z biegiem lat sytuacja się zmieniła. Reportaże i analizy dotyczące przemian ustrojowych nad Wisłą czy Solidarności publikowano w najważniejszych światowych tytułach. Zamieszczano również fotografie.

ChN: Zdecydowanie tak. Moje przeczucie, że Polska będzie ważniejsza, urzeczywistniło się po raz pierwszy w październiku 1978 r., kiedy Karol Wojtyła został papieżem. To był moment, w którym przekonałem się, że jako fotograf jestem we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Polski papież przywrócił nasz kraj międzynarodowej świadomości. Od tego momentu zainteresowanie Polską stało się dużo większe. Październik 1978 r. był bardzo ważny dla wszystkich Polaków, w tym także dla mnie, również w aspekcie zawodowym. Natomiast musiałem na tę zmianę poczekać pięć lat.

KB: Później nastał czas dramatyczny, może nie tak bardzo jak w innych rejonach globu, ale jednak fotoreporterom przyszło stanąć naprzeciw pałek, a czasem nawet czołgów i karabinów. Myślał pan wtedy, że przy pomocy aparatu można zmienić świat?

ChN: Stan wojenny był oczywiście zły, ludzie ginęli, surowo karano opozycjonistów. Natomiast z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że to nie były czasy aż tak straszne, jak w innych krajach, gdzie działo się jeszcze gorzej. Tylko że wtedy nie mogliśmy tego wiedzieć, nie mogliśmy przewidzieć, co się wydarzy, żyliśmy i pracowaliśmy w strachu. W pierwszych dniach stanu wojennego, pracując jako fotoreporter, przełykałem ślinę i zastanawiałem się, jaki temat zrealizować i jak przyjdzie mi zapłacić, kiedy już go zrealizuję. Musiałem też myśleć o tym, jak przekazać materiały do zagranicznej redakcji.

Uważam, że fotografii przypisuje się zbyt wiele. Praca fotoreportera nie zmienia świata, jednak czasami poszczególne fotografie mogą uświadomić, że coś złego dzieje się na świecie – powodują, że opinia publiczna zaczyna się odwracać od wojny czy dyktatury. Wystarczy wspomnieć choćby słynne zdjęcie Eddiego Adamsa przedstawiające pułkownika Wietnamu Południowego, walczącego po stronie Ameryki, który wyciągnął pistolet i zastrzelił jeńca. To niesamowita fotografia, która skupia w sobie całą ówczesną historię. Podobnie jak zdjęcie, które wykonał Nick Ut. Sfotografował poparzone napalmem wietnamskie dzieci biegnące drogą, które płaczą i krzyczą, a ten krzyk, szczególnie dziewczynki znajdującej się na pierwszym planie, dosłownie słychać z tego zdjęcia. Takie pojedyncze obrazy mogły wpłynąć na zmianę opinii publicznej w USA. Mogły zapoczątkować myślenie o konieczności zmian. Natomiast nie sądzę, aby moje zdjęcia coś podobnego spowodowały. Ja byłem po prostu zwykłym dokumentalistą, który stara się przekazać innym to, co sam widzi i co może sfotografować.

KB: Co ukształtowało pana spojrzenie?

ChN: Już na studiach zrozumiałem, że jedyna rzecz, która mnie interesuje, to zdjęcia reporterskie. Wtedy uczyliśmy się również fotografii studyjnej, reklamowej, fotografii mody, filmowania; to wszystko nie wzbudzało mojego zainteresowania. Już wtedy czułem, że właśnie reportaż jest moją drogą. W ramach pracy zaliczeniowej na zakończenie drugiego roku studiów fotografowałem pensjonariuszy polskiego domu opieki w Walii. Spędziłem z nimi trochę czasu i to utwierdziło mnie w przekonaniu, co powinienem w życiu robić i co lubię najbardziej. Wcześniej niezbyt interesowałem się fotografią newsową. Zawsze chciałem pracować tak jak fotografowie „National Geographic” – wyjeżdża się na dłuższy czas, zgłębia temat, czeka na światło i kombinuje, jak najlepiej uchwycić kadr. Tymczasem życie wskazało inną drogę. Skoro tak wiele zaczęło się w Polsce dziać, siłą rzeczy wpadłem w wir newsów. Strajk w Gdańsku w 1980 r. to był mój chrzest bojowy w zawodzie fotoreportera. Od tego czasu rozwijała się moja kariera zawodowa, choć marzenia o większych reportażach niespecjalnie się urzeczywistniły. Jednak fotografia newsowa też jest w pewnym sensie reportażem.

KB: Ostatnie pana albumy, ukazujące się nakładem Wydawnictwa Bosz (laureata Konkursu „Teraz Polska”), układają się właśnie w reportaże, stanowiące szczególny obraz Polski w okresie przemian. Może zatem fotografia newsowa i fotoreportaż nie są zupełnie odrębne? Decydować może sposób doboru prac i ich przedstawienia.

ChN: Swoją pracę w tamtych latach dzieliłem na dwie części. Z jednej strony starałem się dalej fotografować życie codzienne, z drugiej – dokumentowałem wydarzenia: oficjalne spotkania, demonstracje itp. W moich ostatnich albumach, w których publikuję fotografie z tamtego okresu, przeplatają się oba wątki. Podobna idea przyświeca również mojej najnowszej książce „1989”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Bosz. Przedstawia ona jeden historyczny rok fotografowany przez jedną osobę. Uznaliśmy, że warto przypomnieć w formie fotograficznej wydarzenia tamtego czasu. To była rewolucja, prawdziwa transformacja, przełom – usunięcie komunizmu ze sporej części Europy. Dla mnie jako fotoreportera był to niesamowity rok. Cały czas byłem w drodze, co tydzień inny kraj i inna rewolucja. Tamte wydarzenia są ważne również dlatego, że w 1989 r. burzyliśmy mury. Dziś, niestety, zaczynamy stawiać je na nowo. Nie chciałbym, żeby zaprzepaszczono wszystko, co wywalczyliśmy w 1989 r. Tu nie chodzi tylko o Polskę, ale także o USA czy inne kraje. Znów coś się zepsuło.

KB: W latach 70. i 80. fotoreportaż był instytucją, szczególnie na Zachodzie. W magazynach „Time” czy „Newsweek” za sprawą fotografii opowiadano wielkie historie, fotoreportaże liczyły po 8–10 stron. Dziś najlepsze fotografie przepadają wśród niezliczonej liczby fotek, jakość przeszła w ilość, a właściwie – jak mawiają teoretycy – w wielość.

ChN: Zapotrzebowanie na fotoreportaż jest coraz mniejsze, i w Polsce, i na świecie. Dawniej ludzie na całym świecie czekali na „Time’a”, który ukazywał się w poniedziałek. „Time” i „Newsweek” nigdy nie były pismami stricte fotoreportażowymi, nie było w nich miejsca na wielostronicowe reportaże, tak jak w magazynach „Paris Match”, „Stern” czy „Life”. Natomiast redaktorzy „Time’a” zawsze chwalili się, że mają najlepsze zdjęcia i najlepszych fotografów – to było dla nich bardzo ważne. Dziś sytuacja uległa zmianie. Kultowe tytuły zmieniły swój profil i oczywiście przez to stają się mniej ciekawe i nieco gorsze. Obecnie większość informacji czerpiemy z Internetu i telewizji, ludzie nie czekają na magazyny ukazujące się raz w tygodniu, by oglądać w nich fotograficzne historie. Jednak fotografia reporterska poszukuje dla siebie nowych przestrzeni. W Polsce często jestem zapraszany do jury konkursów fotografii prasowej i reportażu. W pewnym sensie przykro patrzeć, jak dzisiejsi fotografowie nie do końca potrafią zbudować historię, mającą początek, środek i koniec. Ze względu na fakt, że nie mają gdzie drukować fotoreportaży, nie potrafią też pracować nad ich strukturą. Często też nie umieją edytować swoich zdjęć. Przyznam szczerze, że sam tak do końca nie potrafię wybierać swoich fotografii. W mojej pracy najczęściej wysyłałem filmy niewywołane, dlatego większości moich fotografii nie znam. Klisze trafiały do zagranicznych redakcji i nie miałem żadnego wpływu na to, która fotografia zostanie wybrana i ukaże się w druku. Ogólnie zawsze dobrze mieć kogoś, kto pomoże w edycji. Choć nie jest to łatwe, bo można się zwrócić do kolegi z prośbą, by obejrzał reportaż, i dowiedzieć, się, że wszystko jest do niczego – zatem trochę się tego boimy.

KB: Niektórzy wielcy fotografowie są niemal obrażeni na dzisiejszą popkulturę obrazkową, na to, co obecnie oznacza zdjęcie, na Instagram, na kult wielości. Pan się obraża?

ChN: Mogę narzekać, ale to nic nie zmieni. Świat idzie naprzód i jest nastawiony na natychmiastową konsumpcję. Portale społecznościowe, jak Facebook czy Twitter, są niesamowitym zjawiskiem. Czy degradują fotografię? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Jest tam na pewno dużo zdjęć kotów i jedzenia. Widząc takie natężenie jednego tematu, można się niemal zastrzelić. Ja na początku nie chciałem niczego wrzucać na Facebooka, ale teraz czasami publikuję posty – dla tych, co myślą, że jestem już bardzo stary, nic nie robię albo wręcz nie żyję. Staram się jednak wrzucać zdjęcia, które nie są może pełnymi reportażami, ale ukazują moje spojrzenie na wycinek rzeczywistości.

KB: Czy dzisiaj, w czasach memów i postprawdy, rola dziennikarzy jest jeszcze istotna w ukazywaniu obrazu świata?

ChN: Zdecydowanie tak. Dziennikarze powinni obserwować, komentować, krytykować to, co jest złe, i chwalić to, co dobre. Trudno ustalić, jaką rolę mają dziś fotoreporterzy. Dzisiejsze zmiany w Polsce są niekoniecznie tematem fotograficznym, bardziej dziennikarskim. Ja też nie jestem już aż tak aktywny, jeśli chodzi o robienie zdjęć, natomiast śledzę działania podejmowane przez opozycję i fotografuję je, kiedy tylko mogę. Jest mi bardzo miło, choć równocześnie nie mogę się temu nadziwić, że na rozmaitych demonstracjach jestem rozpoznawany. Fotograf zazwyczaj działa incognito. A tu ludzie podchodzą do mnie, podają rękę, mówią „szacun” i dziękują za to, co zrobiłem i że z nimi jestem.

KB: Czy może pan opisać taki kadr, który najlepiej oddaje ideę dzisiejszej Polski?

ChN: Nie odnajduję takiego kadru w swoich zdjęciach.

KB: A jaką fotografię pokazałby pan osobie z zagranicy, której chciałby opowiedzieć o Polsce?

ChN: Nie robię widoków, chociaż grożę, że zajmę się tym na stare lata – pejzażem i aktem. To oczywiście żart. Moje zdjęcie „Czas apokalipsy” w jakiś sposób wyrażało ideę Polski w okresie stanu wojennego, bo w pewnym sensie było tam wszystko: i Moskwa, i wojsko, i film „Czas apokalipsy”. Drugie zdjęcie z tamtych czasów, które bardzo lubię, przedstawiało kobietę klęczącą pod kościołem w Wadowicach po tym, jak postrzelony został Jan Paweł II. Kobieta klęczy na chodniku, modli się, a na szyi ma zawieszony sznurek z 10 rolkami papieru toaletowego. To jest dla mnie cały PRL w pigułce. Jest na tym zdjęciu typowa dla Polaków religijność zderzona z kryzysem i brakiem podstawowych towarów na półkach. Dziś trudno mi znaleźć taki syntetyczny symbol współczesnej Polski.

KB: Może to źle świadczy o czasach, w których żyjemy?

ChN: Myślę, że są młodzi fotoreporterzy, którzy są w stanie lepiej wyczuć i zrozumieć, co jest istotą współczesnej Polski. Odgrażam się, że zrobię album o współczesnej Polsce, ale to nie jest takie proste. Choć może jest to dobry pomysł – pojechać w Polskę, w siną dal, przystawać gdzieś, raz tu, raz tam, i fotografować. Ale jakoś się przed tym bronię.

KB: Chciałbym na chwilę wrócić do roku 1973. Odnalazł pan wtedy w Polakach fajnego ducha. Czy dziś również go pan dostrzega?

ChN: Dziś widzę taką pozytywną siłę w opozycji. Niestety passa polityczna się odwróciła i znów jesteśmy pod złymi rządami. Jest to dziwne tym bardziej, że zmiany od 1989 r. zmierzały w dobrym kierunku. Może nie było idealnie, ale cały czas obserwowaliśmy postęp. A teraz po prostu jakby ktoś wsadził kij w szprychy i wracamy do systemu autorytarnego, oczywiście w innych warunkach ekonomicznych. Ten system mi zupełnie nie pasuje. Nie sądziłem, że na starsze lata coś takiego mnie spotka. Pytanie, co dalej – czy zostać w Polsce, czy znów wyjeżdżać. Jestem jednak w tym kraju tyle lat, dokumentowałem właściwie całą naszą współczesną historię, więc nadal będę robił swoje. Ja walczyłem – jeśli w ogóle, to tylko aparatem – o lepsze czasy. Do pewnego momentu się udawało, a teraz znów jest źle i nie wiadomo, jak się to wszystko skończy.

KB: A gdyby wyłączyć spod oceny sferę polityki, to czy podoba się panu dzisiejsza Polska?

ChN: Aż miło patrzeć, jak rozwinął się kraj dzięki pracowitości Polaków i również dzięki Unii Europejskiej. Widać ogromny postęp, szczególnie kiedy wyjedzie się poza Warszawę, choćby w Bieszczady. W Zamościu, Przemyślu czy w Lublinie – wszędzie znajdziemy świetne hotele, restauracje. Kuchnię mamy zapewne jedną z lepszych w Europie, wcale nie gorszą od francuskiej. Mamy autostrady, szybką kolej – może nie aż tak, jak we Francji, ale jednak można w trzy godziny przejechać z Warszawy do Gdańska, a to niezły wynik. Do tego sklepy pełne produktów, nieraz jest ich więcej niż w zachodnich supermarketach. Ważne, aby to wszystko nie zostało zaprzepaszczone przez obecną władzę. Trochę mi głupio rozmawiać o polityce. Dawniej tego nie robiłem, również z obowiązku neutralności. Ale dziś nie jestem związany z żadnym tytułem, więc mogę mówić, krzyczeć i pokazywać złość.

KB: Może wystarczy zdać się na demokrację? Wektor poparcia politycznego nie jest przecież ustawiony raz na zawsze.

ChN: Nie do końca, bowiem totalną wygraną udało się osiągnąć obecnej partii rządzącej stosunkowo niewielką liczbą głosów. To jest zresztą niezrozumiałe w systemie wyborczym, że jakaś mała część głosujących powoduje, że dana partia zdobywa 100 proc. władzy. Tak, coś wisi w powietrzu: ogólna tendencja do odwracania się od liberalizmu i postępu oraz narastający nacjonalizm. Wielu nowych władców czerpie wzór z Putina, jego twardej, nieugiętej postawy. Tylko że to wszystko jest prymitywne, a ludzie przyzwyczaili się do czegoś innego. Trudno wrócić do dawnych demonów bez realnej groźby dla przyszłych losów świata. Musimy bardzo głośno krzyczeć, że nie chcemy powrotu do najgorszych doświadczeń XX w.

 

Chris Niedenthal

(ur. 1950 r. w Londynie) – polski fotograf, jeden z najbardziej cenionych fotoreporterów europejskich. Członek rzeczywisty ZPAF. Współpracował m.in. z takimi magazynami, jak „Newsweek”, „Time”, „Der Spiegel”, „Geo” i „Forbes”. Laureat nagrody World Press Photo. Autor licznych wystaw. W 2009 r. został odznaczony Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” zaś w 2013 r. – Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

W 1978 r. był pierwszym fotoreporterem, który po wyborze Karola Wojtyły na papieża przyjechał do jego rodzinnego miasta, Wadowic. W kolejnym roku, podczas pielgrzymki papieża do ojczyzny, wykonał zdjęcie Jana Pawła II na Jasnej Górze, które trafiło na okładkę „Newsweeka”.

Był pierwszym zagranicznym fotoreporterem wpuszczonym do Stoczni Gdańskiej podczas strajku w 1980 r. W 1986 r. zdobył nagrodę World Press Photo za portret Jánosa Kádára, który trafił na okładkę „Time'a”. W 1987 r. zamieszkał z rodziną w Austrii, gdzie mieściło się biuro „Time'a” na Europę Wschodnią. Od 1998 r. ma obywatelstwo polskie.

Chris Niedenthal jest autorem albumów fotograficznych: „Polska Rzeczpospolita Ludowa. Rekwizyty” (2004, Bosz); „13/12 Polska stanu wojennego” (2006, Edipresse Polska); „In your face. Oblicza niedawnej przeszłości”, wydany w wersji polskiej i niemieckiej (2011, Edition Fototapeta); „Chris Niedenthal. Wybrane fotografie 1973–1989” (2014, Bosz); „Chris Niedenthal 1989” (2017, Bosz). W 2011 r. nakładem wydawnictwa Marginesy ukazała się biografia „Chris Niedenthal. Zawód: fotograf”.

ATELIER

Nowa Iwiczna k. Warszawy

(+48) 500 305 368

 

FOTOGRAF

broszko@broszko.com

(+48) 535 686 656

(

 

SPRZEDAŻ ZDJĘĆ

biuro@broszko.com

(+48) 516 047 808

 

CONTACT